RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Miasto śpiewa..

...raz nawet spotkał mężczyznę o źle skrojonej twarzy, którego zmęczenie było patosem wywołującym kurcze rąk, który wędrował owinięty czarnym aksamitem, w dłoni niósł stępiony metal czerwonej kosy, a nogi ciągnęły się za nim jak tren, bo właściwie szybował nad ziemią zamiast stąpać po niej, i jadł truskawki, i dłubał w nosie, i mówił sam do siebie lub wyśpiewywał gardłowym głosem piosenki nie z tego wymiaru, ponadwieczne i smutniejsze niż powtarzające się sny, a zobaczywszy go, Człowiek Z Akordeonem w Dłoniach pomyślał: Boże przenajświętszy, Śmierć we własnej, więc podbiegł do niej i poprosił o własnoręczne wyskrobanie węglem na korze jaśminu parafki, w zamian ofiarowując mu pięknie cyzelerowaną kulkę z połyskującym płynem, którą zaskoczony mężczyzna w czerni rozpłakawszy się schował głęboko w kieszeń mówiąc jeszcze nigdy nikt niczego mi nie podarował dziękuję może poczęstuje się Pan truskawką?, na co Człowiek Z Akordeonem w Dłoniach odparł bardzo chętnie, i wyjął najładniejszy owoc z koszyczka i włożył do ust, myśląc sobie jeszcze nigdy nie jadłem truskawek dlaczego jeszcze nigdy ich nie jadłem są takie dobre, więc wyciągnął kolejną, która była jeszcze lepsza, i wyciągnął jeszcze jedną, i czwartą, wyciągał truskawka za truskawką i zauważył, że każda następna jest lepsza od poprzedniej, a gdy zjedli już wszystko zapomniawszy się w rozmowie o pogodzie, filozofii i motylach, pożegnali się, życząc sobie szerokiej drogi, i ruszyli każdy w swoją stronę – mężczyzna w czerni w dół zapadłego urwiska, bawiąc się owalnym przedmiotem chlupoczącym cicho przy każdym jego kroku, a Człowiek Z Akordeonem w Dłoniach w górę rzeki, wyskrobując postrzępionym językiem małe, truskawkowe ziarenka, którymi zaszły jego zęby, mężczyzna w czerni zastanawiając się nad zapachem piorunów, a Człowiek Z Akordeonem w Dłoniach rysując w wyobraźni figury geometryczne, nie pamiętając już myśli, która zakiełkowała w jego głowie dawno, dawno temu - myśli o zabiciu samej Śmierci..

09:38, prawdziwalodz
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Ja..

Już prawie wiek siedzę na baczność, ręce ułożone na podołku, głowa uniesiona, pośladki zaciśnięte, kostki nóg związane, plecy napięte, proste jak bełt, siedzę schowany w ciasnej dziupli miejskiego bajzlu, wmurowany w pion własnej sylwetki i patrzę na obmierzłą plamę, która mnie zdominowała swoją bezładnością, z której przez dziesięć dekad nieomalże nie spuszczam wzroku, bo to jest moja praca, na którą sam się skazałem, za którą nie dostaję ani grosza, ani złamanego grosza, nic, a jednak siedzę i czatuję, żeby nie uciekła, żeby nie przeskoczyła na sąsiednią ścianę kamienicy, nie pognała dalej, bo plamy znikają samoistnie, bez niczyjej pomocy,  i ta pewnego dnia też zniknie, podobnie jak miliony przebarwień, przeżółceń, przejaskrawień całego świata, miliony kształtów wyrytych w ceglanych ścianach i na poszewkach parujących sokami wyciśniętymi ze zmęczonych ciał, na przykrótkich marynarkach, dziecięcych śliniakach, skórzanych butach, garsonkach w ciapy, czerwonych krawatach, apaszkach  po kolana i niezwiązanych muchach, w publicznych wychodkach, tanich jadłodajniach, sklepach z farbami, na niedopastowanych parkietach i metalowych stolikach nocnych klubów, na spodzie emaliowanych kubków i pod porcelanowymi talerzykami, na mankietach spodni i w perskich, wiklinowych koszach na bieliznę, wszędzie, wszędzie, wszędzie, i ta przede mną również, moja własna plama, na którą patrzę dniami i nocami, bez przerwy od dziewięćdziesięciu siedmiu lat po to, żeby nie przegapić momentu jej rozpłynięcia się, bo śniłem na jawie, że to będzie trwało chwilę, ułamek wskazówki, śniłem, że to będzie trwało teraźniejszość.

Już nawet przestałem mrugać. Moje oczy zaszły pieczęcią mgły, te moje zeszmacone niezmiennością krajobrazu oczy zostały przyspawane do powiek elektrodą czasu, i mogę jedynie poruszać nimi na boki, śledząc po omacku posuwiste tętno foremnego, ściennego brudu, a i to z wielkim trudem, ponieważ boli mnie każde spojrzenie, każdy obraz odstający od cienistego punktu widniejącego na chropowatej, zapaskudzonej tafli ściany, boli mnie każdy widok wyryty na powierzchni moich spieczonych, przekrwionych białek, których symetria prysła dawno temu, bo czuję, że upodobniły się kształtem do tej plamy, której fizyczność jest inna każdego dnia, która nie przestaje falować, skrzyć się i obtańcowywać walce, fokstroty, oberki, polonezy i kankany, za którymi ja staram się nadążać, ja - nieporadny, ja – zamęczony śmiertelnik, ja - noblista...

11:24, prawdziwalodz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Smak zapachu..

Wieczorem Miasto zaczyna mówić innym głosem.

Klatki schodowe zaczynają śmierdzieć odchodami i wymiocinami; mieszkania, te zatęchłe i nie wietrzone od wieków - fetorem wilgoci i porastającego ściany grzyba. Wszędzie unosi się maskujący smród siarki i duszące opary węgla. Miejskie rzeźnie zaczynają trącić nieprzerobionymi fragmentami krowich zwłok, masarnie - sfermentowanym smalcem i łojem, szpitale lizolem, a restauracje przypalonym haggisem.

Miejskie rzeki zamieniają się w cuchnące, bladobrązowe ścieki, a strumienie Miasta w rynsztoki, po powierzchni których żeglują resztki obiadów, niedopalone filtry papierosów i martwe zwierzęta. Czasami padliny jest tak dużo, że tamuje przepływ wody. Rzeka wówczas występuje z koryta i wyrzuca nieczystości na brzeg. Kondensacja smrodu wydobywającego się z martwej tamy jest tak wielka, że ludzie przechodzący obok mdleją i w przywracaniu ich do świata żywych nie pomagają ani sole trzeźwiące, ani gwałtowne uderzenia w twarz.

I ludzie śmierdzą - każdy na swój własny, uniwersalny i unikatowy sposób. Jedni cuchną zgniłą kapustą, od  innych czuć woń spróchniałych zębów nadżartych szkorbutem. Ci nie potrafą powstrzymać gazów, wypuszczanych głośno bez oznak jakiegokolwiek zażenowania. Tamci śmierdzą toczącą ich ciała chorobą lub wnętrznościami przeżartymi przez nadmiar denaturatu...

Wieczorem Miasto zaczyna mówić innym głosem...

20:07, prawdziwalodz
Link Komentarze (1) »
Miasto-przestrzeń..

Była raz Florentina, żona smutnego trębacza, która chciała puścić latawiec w tłumie. Nie udało się..

09:38, prawdziwalodz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Duchy Miasta

Jolao zmienił saksofon na trąbkę. W szpitalu na północy miasta szeptano, że jego muzyka może obudzić demony martwych iluzjonistów - hrabiego Cagliostro, Alberta von Bollstädta, Libaviusa. Może nawet samego Abdula al Alhazreda, człowieka o idealnie owalnej czaszce, ramionach ubrudzonych kurzym bielmem i wiecznie ponurej twarzy, który zwykł jadać śniadania w obecności trzech tenorów boga - Senoja, Sensenoja i Semangelofa. Lekarze prosili Jolao, żeby zamilkł. Tylko że Jolao nie mógł, nie potrafił. Zresztą - wiedział, że po niego przyjdą..

Przyszedł tylko jeden, za to najpotężniejszy. Ręce miał spięte zardzewiałym łańcuchem, a nogi osadzone w zielonym od alg betonie. O północy zapukał w brunatną szybę mieszkania przy MarszalkaJosefaPilsudskiegoStrasse. Tej nocy Florentina usłyszała tylko cichy szelest rozmowy płynącej z sąsiedniego pokoju i zarys sylwetki o bujnej czuprynie z przedziałkiem na środku głowy. Już nigdy potem świat nie widział ani Jolao, ani mistrza Houdiniego..

13:39, prawdziwalodz
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Ktoś..

"Jak to jest, kiedy ktoś umrze?" myśli Florentina del Diego, wodząc opuszkiem serdecznego palca po odrapanej framudze drewnianego okna kamienicy przy MarszalkaJosefaPilsudskiegoStrasse. Na tej wysokości ślina sama ciśnie się na usta. Po prawo park, po lewo miasto witające dzień (jak co rano) smogiem, brudem i czerwono-żółtą flagą powiewającą nad Urzędem Marszałów niczym wargi sromowe rosyjskich dziwek, a fantazje Florentiny znów krążą wokół dziesieciu metrów dzielących ją z wiecznością. Dzisiaj rano, kładąc się spać, jej mąż - ten chudy, zarośnięty elf, pozbawiony języka saksofonista trzeciej kategorii o oczach osadzonych w oczodołach głębiej niż ktokolwiek na świecie, po raz pierwszy nazywał ją swoim kwiatuszkiem - Flores. "Kwiatek - myśli na głos Florentina, a jej ciepły oddech płoszy gołębie o wystrzępionych piórach. - To ładne, ale niczego nie zmienia. I tak chcę zostać pochowana w pościeli. Dziesięć metrów może nie wystarczyć..."

13:24, prawdziwalodz
Link Komentarze (2) »
środa, 15 kwietnia 2009
Śmierć mieszka w książkach

Jest antykwariat przy PiotrkowskaStrasse, gdzie znajdziesz książkę wielkości człowieka. Leży na najwyższej półce antykwarycznego bajzlu, przykryta kurzem i złuszczonym naskórkiem bosonogich wycieczek, które przewijają się niepostrzeżenie między zbutwiałymi, zamszowymi regałami papierowego sklepiku. W jej grzbiecie odbija się światło Florentiny del Diego, smutnej babki przsiadującej całymi dniami na kamiennym sedesie w szczycie pałacu bez dachu i dna, lubującej się w smaganiu po plecach witkami zawilgoconej słomy. Książka wie wszystko i wszystkich zna, ale nie da Ci siebie, póki nie stoczysz z nią boju na śmierć i życie. Jeśli wygrasz, odkryje przed Tobą liczbą Boga. Dzięki niej poznasz to, co dla każdego z nas jest wszystkim, lecz niczym dla całej reszty - nasz umysł. Lecz nim zrobisz krok, zastanów się dobrze. Odwrotu nie będzie, a przegrać nie zdołasz..

12:45, prawdziwalodz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Smutna kobieta z praniem w dłoniach..

Z chwilą, gdy (przekładając z ręki do ręki barchanowe majtki) Florentina del Diego wyciągnęła drewniany skobel z metalowego uścisku framugi kamienicy stojącej w centrum siedmiusettysięcznego miasta, zapadka odskoczyła i wypaczone bezruchem drzwi odchyliły się same, wypuszczając z kurnika zalegający w nim od mniej więcej wieczności mrok, który z metalicznym świergotem wytrysnął na świeże powietrze poranka, aby w pół chwili później rozpuścić się w milczącej porze dnia, pozostawiając pomieszczenie przesiąknięte aromatem zjełczałego sera, pachnidłem zbutwiałych desek, wilgocią zgniłej słomy i zapachem tuzina kurzych szkieletów, spoczywających nieporuszenie w nadżartych pleśnią skrzyniach wypełnionych po ostrza własnych krawędzi eliptycznymi skamielinami jaj, opatulonymi przez fetor, jaki bił od kulącej się w kącie dwójki oblepionych własnymi ekskrementami aniołów o wypierzonych skrzydłach i obgryzionych paznokciach, których Florentina (miętoląc w dłoni wilgotny stanik) spotkała podczas wieczornego spaceru po polach jedwabiu dawno, dawno temu, zwabiła do domu kostkami pomarańczowego cukru i zamknęła z kurami na pięć spustów i cztery kołki, żądając w zamian za ich uwolnienie trzech białych krów, fisharmonii w kolorze palonej wiśni oraz życia wiecznego..

14:42, prawdziwalodz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 kwietnia 2009
Zmierzchy i zachody

W wieczornym meandrowaniu pomarańczowymi ulicami Łodzi jest coś łajdackiego. To konstrukcja kryjąca w sobie smutek wojen o prawo do nazywania siebie inaczej niż karłem o spierzchniętych dłoniach, żółtych oczach i włosach wytartych przez czas. Zapachy miasta przeplatają się ze sobą na wzór pajęczych sieci, widma strachu krążą nad głowami i trzeba uważać, żeby nie wdepnąć w ekskrementy: ludzkie, psie - bez różnicy. Miasto przygląda się cicho każdemu dygnięciu, obserwuje z ukrycia litery wytatułowane na ustach, śledzi każdy krok. I tylko pomarańcz się nie zmienia. I napis rozpostarty nad głową: Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate..

10:29, prawdziwalodz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 kwietnia 2009
Ptasznik

Możesz mnie nakarmić, Czarodzieju z ulicy Kilińskiego. Włożyć w usta grzyby narosłe po deszczu i sprawić, że połknę je wraz z łojem spod moich zmęczonych, zespawanych snem powiek. Tylko nie mów nikomu, że przychodzę w to miejsce. Niech to będzie naszą tajemnicą. Podglądać, jak - karmiąc gołębie - poprawiasz swoją kondycję człowieka; ustawiać się frontem do brudnych, dębowych okien; wdychać zapach odrapanych ścian, uschniętych drzew, pleśni drzwi.. Oto, co mnie budzi do życia - Twoja samotność..

09:10, prawdziwalodz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum